![]() |
![]() |
Socii Navales. W swych działaniach wojennych na wielką skale Rzymianie musieli też dysponować silną flotą wojenną dlatego też zaczęli korzystać z osiągnięć greckiej czy kartagińskiej myśli technicznej w momencie, gdy tylko racja stanu skierowała ich ku morzu. W początkowym okresie swego istnienia nadtybrzańska metropolia utrzymując organizacyjną strukturę państwa-miasta (polis) walczyła głównie ze swoimi lądowymi sąsiadami o przejęcie hegemonii na Półwyspie Apenińskim. Na wet wtedy, gdy sfera wpływów republiki osiągnęła brzeg Morza Tyrreńskiego, sprawy obrony granic morskich traktowane były marginalnie, ponieważ jedynym przeciwnikiem, nie mogącym zresztą podważyć rzymskiej potęgi, byli piraci pustoszący sporadycznie nadbrzeżne miasta. Do obrony przed nimi formowano małe eskadry, które w zasadzie były flotami greckich kolonii rozsianych licznie w południowej Italii. Grecy ci dysponowali okrętami, mieli doświadczone załogi i dowódców, dla których tajniki nawigacji nie były obce, a jako naród morski ugruntowali już swoje tradycje żeglarskie. Załogi tych okrętów stanowili ludzie wolni, którzy podejmowali służbę dla niemałego zarobku wynoszącego 183 drachmy rocznie. Werbunek wioślarzy mających szansę solidnego wynagrodzenia dawał z jednej strony możliwość stabilizacji życiowej dla elementów plebejskich, nie mogących z racji na niski status społeczny liczyć na karierę w armii, z drugiej zaś gwarantował ich chętną i efektywną pracę. Sytuacja ta uległa zmianie wraz z postępującą zaborczością Rzymu. Gdy państwo to zaczęło opanowywać coraz rozleglejsze tereny półwyspu, pojawiła się przed nim konieczność posiadania stałej, regularnej floty wojennej. Częściowo zaczęto budować z funduszy państwowych własne okręty, których główną bazę stanowiły stołeczny port rzeczny oraz leżąca u ujścia Tybru kolonia Ostia. Były to jednak siły za małe, toteż wprowadzono obowiązek dostarczania w razie zagrożenia wojennego okrętów wraz z załogami przez sojusznicze państwa italskie, tworząc tym samym system nadbrzeżnych nie rzymskich miast-sprzymierzeńców morskich (socii navales). Oczywiście ludziom, których obciążono rygorem służby w marynarce, wypłacano żołd. Partycypowali oni też w podziale ogólnych zysków wojennych, jednak wszystkie przyznawane im kwoty były mniejsze od wypłat dla pełniących analogiczną służbę obywateli republiki. W 264 r. wybuchła I wojna punicka, w której wrogiem Rzymu po raz pierwszy było państwo zamorskie - afrykańska Kartagina. Chcąc osiągnąć równowagę z dysponującym ogromną flotą nieprzyjacielem Rzymianie, tak jak i w następnych dwóch wojnach punickich (lata 218-201 i 149-146), musieli rozbudować potężną flotę jak i powołać do wioseł olbrzymią liczbę ludzi. Skopiowali wówczas standardowy okręt kartagiński, pięciorzędową galerę. Trudno określić ile ze zdobytej galery jako wzorca zaczerpnięto budując flotę. Nie podlega jednak dyskusji fakt opierania się przez obie walczące strony na tym właśnie typie okrętu. Istnieją przypuszczenia iż jednostki rzymskie przynajmniej w początkowym okresie wojen punickich były istotnie bardzo zbliżone konstrukcyjnie do jednostek kartagińskich, co rzecz jasna nie oznacza iż Rzymianie i w późniejszym czasie sztywno trwali przy pierwowzorze.
Rzymska quinquerema, I w. p.n.e. Typowa rzymska quinquerema miała długość 37 m, szerokość kadłuba 4 m, szerokość pokładu wraz ze skrzydłami - 5 m, zanurzenie 1,2 m. Obsługiwało ją 112 wioślarzy na górnych ławach, 108 na środkowych, 50 na dolnych, oraz 30 marynarzy, 40 żołnierzy w czasie pokoju i 120 w czasie wojny. Czasem, gdy nie wystarczało ku temu środków finansowych w skarbcu, rozpisywano pożyczkę narodową - zamożniejsi obywatele mając gwarancję państwa przekazywali flocie najętych przez siebie wioślarzy zapewniając im żołd i wyżywienie na okres miesiąca. Inną ewentualnością było kierowanie do wioseł młodych i silnych niewolników lub jeńców wojennych. Natomiast w wyjątkowo trudnych sytuacjach nadawano wolność wyselekcjonowanym pod względem zdrowotnym niewolnikom, których, po wypłaceniu odszkodowań ich dotychczasowym właścicielom, kierowano do pracy przy wiosłach. Jednak niezależnie od sukcesów swojej floty Rzymianie zawsze chętnie powierzali prowadzenie wojen morskich w swoim interesie narodom o ugruntowanych tradycjach żeglarskich. Ich niezmiennymi na morzu sojusznikami byli mieszkańcy wyspy Rodos. Z racji samych już warunków bytowania dobrzy żeglarze - potrafili Rodyjczycy zyskownie sprzedać swoje usługi czarterując trójrzędowce za cenę 10 tys. drachm miesięcznie, przy czym w kwocie tej mieściły się minimalne koszty utrzymania załóg w wysokości 6 tys. i 1,5 tys. za utrzymanie okrętów. Transakcja taka dawała zatem Rodyjczykom 25% zysku, gwarantując jednak doświadczenie nawigacyjne i waleczność załogi. Wśród flot pomocniczych Rzymu biorących udział w licznych awanturach wojennych były także armady tyrana syrakuzańskiego Hierona, króla Pergamonu Eumenesa czy też monarchów egipskich. Rzymianie zobowiązywali do współpracy także zwyciężonych przeciwników. Po II wojnie punickiej okręty pokonanej Kartaginy współdziałały z flotą republiki w jej walce przeciw królowi macedońskiemu Filipowi V. Ten natomiast, przegrawszy wojnę, wspomagał swoimi jednostkami rzymskie eskadry w zmaganiach z monarchą syryjskim Antiochem. Z biegiem czasu Wieczne Miasto mogło sobie pozwolić na to, iż do boju wystawiano jedynie część potrzebnej floty. Do wymaganego stanu liczebnego uzupełniały ją jednostki sprzymierzone dołączające w czasie rejsu w kierunku nieprzyjaciela. Rzymianie niechętnie służyli we flocie. Niechęć do służby we flocie, a dotyczyło to zwłaszcza wioślarzy i marynarzy pokładowych, którzy nie mieli wyboru, lecz żołnierzy piechoty morskiej dysponujących alternatywą w postaci przydziału do legionów, mogła być przezwyciężana lub chociaż zrekompensowana wzrostem statusu społecznego, wynagrodzeniem proporcjonalnym do trudów służby okrętowej oraz możliwością awansu nie gorszą niż w armii. Realizacja tych postulatów była bardzo utrudniona - obsługa floty wywodziła się, tak u Rzymian jak i u sprzymierzeńców, z najniższych warstw społecznych, co deprecjonowało przebieg kariery. Ponadto charakter wojen morskich ograniczał zdecydowanie bodźce motywacyjne, jakimi były możliwość zarobku i awansu. Czynniki te wzrastały w miarę przypływu zagrożenia wojennego, oba jednak szczególnie mocno dotyczyły armii - większość konfliktów, w tym głównie wojny z plemionami italskimi o supremację na Półwyspie Apenińskim, wojny w Hiszpanii czy też galijskie zmagania Juliusza Cezara były kampaniami lądowymi. Toczone w ich trakcie bitwy miały spektakularny przebieg, one też głównie przyczyniały zysków oraz chwały tak wojsku, jak i wodzom. Możliwości takich nie mieli dowódcy floty, może poza specyficznym okresem II wojny punickiej, gdy eskadry stacjonujące na Sycylii podejmowały sporadycznie wyprawy mające na celu grabież wybrzeży afrykańskich. Nie dotyczyło to jednak innych garnizonów marynarki, a te pirackie rajdy, o ile mogły czasem przynieść zysk załogom, o tyle rzadko kiedy były powodem do chluby. Bitwy morskie były zmaganiami anonimowych mas ludzkich zamkniętych w drewnianych skrzyniach kadłubów nie było tu miejsca na przejawy bohaterstwa, owe indywidualne pojedynki toczone tradycyjnie na oczach stojących naprzeciw siebie armii, czy też pełne erudycji mowy dowódców, którzy, jak chce annalistyka starożytna, wśród szczęku oręża wygłaszali płomienne przemówienia zagrzewające żołnierzy do wysiłku. Rzeczywistość na morzu była bardziej prozaiczna - setki wioślarzy ginących w gniecionych taranami lub palonych okrętach nie widziały nawet przeciwnika! Ginęli dzierżąc w dłoniach drzewce wioseł zamiast mieczy, jak przystało Rzymianom. Zespół tych czynników sprawiał, że flota była traktowana z rezerwą przez żołnierzy wojsk lądowych oraz ich dowódców, a stosunek ten promieniował także na ogół społeczeństwa i to nie tylko rzymskiego. Jednakże pojawienie się wodza rzymskiego w rejonie operacyjnym mogłoby podnieść na duchu sprzymierzeńców, pomimo że miał on przybyć jedynie jako prowadzący wojnę na morzu. W takiej sytuacji konsolidacja rzymskich sił zbrojny wynikająca z podniesienia rangi służby we flocie mogła być osiągnięta dwiema drogami. Pierwszą z nich był wzrost świadczeń finansowych względem marynarzy i piechoty morskiej, drugą - oddziaływania psychologiczne, a w grę wchodziły autorytet i przykład osobisty dowódcy oraz charakterystyczne dla każdego Rzymianina oddanie dla sprawy dobra i honoru Rzeczypospolitej. Było to zjawisko szczególne. Otóż armia rzymska u swych prapoczątków była republikańską milicją obywatelską powoływaną doraźnie w chwilach zagrożenia państwa. Niezależnie od kolejnych reform wojskowych nie była to przez długi czas armia zawodowa w dosłownym tego słowa znaczeniu, toteż system motywacyjny w tym wojsku opierał się na zestawach kar i nagród, które nobilitowały odwagę, doświadczenie wojenne, miłość ojczyzny czy też wierność przysiędze. Przestrzeganie tych cech w życiu osobistym i służbie warunkowało karierę oraz wzmacniało autorytet wojskowego wśród współtowarzyszy broni. Stąd brały się przypadki ślepego posłuszeństwa wobec uwielbianych i darzonych zaufaniem wodzów rzymskich, którzy znani byli zarówno z wielkiego kunsztu wojennego, jak i z dbałości o podkomendnych. Na skutki takiego drenażu świadomości nie trzeba było długo czekać. Właśnie ów "kult jednostki" ułatwiał wodzom podporządkowywanie sobie niesfornych wojsk, tak na lądzie, jak i na morzu. Gdy sternik lekkiej jednostki zwiadowczej bał się wypłynąć swoim kruchym okręcikiem w środku nocy na wzburzone morze, znajdujący się na pokładzie Juliusz Cezar przełamał jego irracjonalny, spowodowany ciemnościami strach, równie bezzasadnym, lecz, jak się okazało, skutecznym argumentem: "Czego się boisz? Wieziesz Cezara!". Nie trzeba było zresztą aż tej rangi wodza, aby opanowaniem lub odwagą dać przykład innym. Oto w czasie lądowanie w Brytanii w 54 r., gdy wojsko zatrwożone walką toczącą się w wodzie podczas wysadzania desantu straciło animusz i nie garnęło się do opuszczania statków transportowych, chorąży (aquilifer) skoczył za burtę krzycząc do towarzyszy broni: "...przynajmniej ja wypełnię swój obowiązek wobec Rzeczypospolitej i naczelnego wodza". Jak widać autorytet dowódcy, którym znowu był tutaj uwielbiany przez wojsko Juliusz Cezar, pobudzał żołnierzy do czynów niemal samobójczych, ci zaś dzięki swojej odwadze sami stawali się dla pozostałych legionistów przykładem godnym naśladowania. Ostatecznie, nie wyzbywszy się strachu przed morzem, piechota morska, marynarze i wioślarze stali się powolnym dowództwu organizmem, sprawnie działającą częścią składową rzymskiej machiny wojennej. Natomiast wodzowie uporawszy się z tym problemem mogli doskonalić swój kunszt taktyczny oraz będący do ich dyspozycji sprzęt bojowy.
Teza o słabości Rzymu na morzu, głoszona przez rzymskich pisarzy nie odpowiada prawdzie. Rzym bowiem już w 310 r. stworzył specjalne kolegium czuwające nad budową floty duoviri navales, który na wielu sprzymierzeńców dostarczał obowiązek dostarczania okrętów socii navales
|
||
walki morskiej |
||
![]()